środa, 12 grudnia 2018

Wzór na...


Czy uwierzylibyście eleganckiemu starszemu panu, który podszedłby do Was na ulicy, ukłonił się i zaproponował:
- Dzień dobry, oddam w dobre ręce sprawdzony wzór na szczęście. Czy chcielibyście go wypróbować?
Większość z nas zapewne wyminęłaby pana bez słowa i popędzilibyśmy dalej, do swoich pilnych zajęć. A nawet jeśli zdecydowalibyśmy się przystanąć na chwilę, to wyłącznie po to, by przyjrzeć się mu z zainteresowaniem pomieszanym z politowaniem. 
- Akurat! Wzór na szczęście! Ciekawe za ile? – zapytalibyśmy z przekąsem.
- Za darmo. W każdym razie, nie za pieniądze - odpowiedziałaby grzecznie pan.
Za darmo, akurat, pomyślelibyśmy. Nie ma głupich, w życiu nie ma nic za darmo! Każda promocja ma swoją cenę, więc  żeby dostać coś gratis trzeba najpierw wydać pieniądze.
Jednak w postawie starszego pana jest taka wielka, niespotykana na co dzień klasa, a w jego głosie brzmi taka pewność, że pomimo, iż jeszcze przed chwilą bardzo się spieszyliśmy, teraz poczuliśmy się nieco zaintrygowani. Trochę wbrew sobie i sami nie wiemy dlaczego, ale podejmujemy temat. Choć oczywiście nadal pozostajemy ostrożni.
- Jeśli nie za pieniądze, to za co? Czego pan chce w zamian za ten wzór? A może to podróbka? – zadamy mu kolejne celne pytania, dumni ze swojej przezorności.
Któż z nas nie zna przypowieści o duszy zaprzedanej diabłu jednym nieuważnym podpisem na cyrografie! Albo opowieści o naciągaczach, którzy zapraszają na prelekcję o zdrowiu i zdrowym żywieniu, z której wychodzimy z wełnianymi kocami, garnkami i wycieczką dookoła świata w kajucie bez okna…
Pan jednak wytrzyma nasze czujne spojrzenie i spokojnie odpowie:
            - Gwarantuję, że to nie jest podróbka, ani podstępna promocja! Wzór jest jak najbardziej autentyczny, sprawdzony, działa i zawsze będzie działał! A jeśli Państwo nie skorzystacie, ja i tak oddam go za darmo. Jeśli nie dzisiaj, to jutro, czy za tydzień, ale zawsze za darmo! – zapewni pan z naciskiem, aby po chwili milczenia dodać: - Chociaż… pewien wysiłek będziecie musieli w ten wzór włożyć.
            Jest prawdopodobne, że w tym momencie poczujemy satysfakcję. A jednak! Mieliśmy rację - w życiu nie ma nic za darmo! Spojrzymy więc na oskarżycielsko, a nawet pogrozimy mu palcem.
- A nie mówiłem! – wykrzykniemy. – Nie ma nic za darmo! Zawsze jest jakiś haczyk!
 Wtedy, ku naszemu wielkiemu zdumieniu, pan wcale nie zaprotestuje, lecz zamiast tego zgodnie pokiwa głową. 
- Oczywiście, że jest haczyk – przyzna bez wahania. – Ale już wyjaśniam, o co chodzi, żeby nie było dalszych nieporozumień. Sam wzór oddam absolutnie bez żadnej opłaty. Ani w pieniądzach, ani w jakiejkolwiek innej postaci. Ale to przecież tylko wzór, więc to Wy będziecie musieli odnaleźć dane do podstawienia. Swoje dane, oczywiście.
- Eee tam, bez sensu… Ja tam wolałbym gotowy wzór! – zareagujemy spontanicznie. - Mogę nawet za niego zapłacić, bardzo dużo zapłacić, ale wzór musi działać od razu!
- Ależ mój wzór działa! – zaprotestuje pan z mocą i z przekonaniem. – Jak każdy dobry wzór działa zawsze i w każdym przypadku! Działa równie dobrze, jak wzór na pole koła! 
Pan spojrzy na nas pytająco, jakby chciał sprawdzić, czy na pewno znamy ten szkolny wzór. 
- Oczywiście, że znamy! P = π·r²!  – odpowiemy niepytani.
Starszy pan ucieszy się razem z nami.
- No właśnie - przytaknie. – Ale, żeby obliczyć pole konkretnego koła, musimy do wzoru podstawić konkretny promień. konkretną wartość, prawda? Co oznacza, że pole koła, które obliczymy według tego samego wzoru, nie zawsze będzie takie samo…
Pan zawiesi głos i spojrzy nam prosto w oczy, a potem mrugnie do nas porozumiewawczo.
A my… nareszcie zaczniemy go słuchać.




piątek, 14 września 2018

Czy chcielibyście przeżyć koniec świata?


Przeczytałam ostatnio, że amerykańscy miliarderzy na potęgę wykupują ziemię w Nowej Zelandii i budują tam sobie wypasione schrony. Żeby przetrwać tsunami, trzęsienie ziemi, wybuch bomby atomowej czy też inny kataklizm, który zafunduje naszej planecie totalną zagładę, czyli tak zwany koniec świata.
Gratuluję im serdecznie inicjatywy, ale nie zazdroszczę.
Bo dla mnie koniec świata oznacza, że to, co mamy, co znamy i lubimy zostanie całkowicie zmiecione z powierzchni Ziemi i zostanie... goła ziemia. Jeżeli w ogóle cokolwiek się ostanie...
Zadaję więc sobie pytanie: czy chciałabym wtedy żyć?
Namyślam się długo i głęboko, po czym odpowiadam sobie szczerze: nie.
Nie mam ochoty zostać jednym z ostatnich kilkunastu ludzi na gołej Ziemi i ziemi, i spędzić resztę swoich dni, a może nawet lat, w towarzystwie siedmiu miliarderów, ich żon, rodzin, psów, kotów i kochanek.

Wybieram huczny koniec świata w doborowym towarzystwie pozostałych 7,6 miliarda ludzi.

Do zobaczenia!



niedziela, 29 lipca 2018

Plażowiczka


Plaża to idealny teren do obserwacji życia, a inspiracji nam nie zabraknie. Od razu też zaznaczę, że opowieść nasza dzieje się na niedużej plaży nad jeziorem, a nie na tej nadmorskiej słynącej z parawaningu. I jeszcze jedna ważna uwaga: jakakolwiek zbieżność postaci i sytuacji jest przypadkowa, a opowieść jest wytworem mojej wyobraźni. Miłej lektury!
  
Na plaży, ludzie rozbierają się do naga.
No dobra, prawie do naga, ale ponieważ o wiele więcej nie mają do ukrycia, wykształca to pomiędzy nimi coś na kształt niepisanego porozumienia, że od tej pory nie mają już przed sobą żadnych tajemnic…
Wczoraj na przykład, jednej pani, wystarczył zaledwie kwadrans, abym dowiedziała się więcej o jej życiu niż mógłby powiedzieć mi fejsbuk…
– O Boże! wykrzyknęła wynurzając się z jeziora. – Ale mi sutki mi stwardniały w tej zimnej wodzie! – Teatralnie zakryła dłońmi dowody rzeczowe i spojrzała na mnie porozumiewawczo. Następnie dodała nieco ciszej, ale za to z głębokim westchnieniem: – Pewnie długo mi się to znowu nie przydarzy…
W tym czasie, jej dzieci – całą trójka w wieku lat około 16, 8 oraz 5 – pluskały się nieopodal i beztrosko na płytkiej wodzie, a mąż, milcząco brodził przy brzegu i udawał, że go nie ma.
Pani stanęła na krawędzi plaży tuż obok mnie. Otrzepała się z wody, zdjęła ręce z górnej części kostiumu kąpielowego i popatrzyła czujnym matczynym okiem w stronę swojej gromadki. Szesnastolatek skorzystał z tej okazji, wyszedł z wody i dołączył do nas, a jego mamusia kontynuowała swoje opowieści.
O, tego na przykład, musiałam prowadzić na smyczy, jak był mały – spojrzała w górę na syna. – Ciągle mi uciekał i wszędzie wchodził. Dosłownie wszędzie!
– Oj, mamo! – zaprotestował nieśmiało syn, ale mama pogłaskała go po głowie, więc umilkł.
Nawiązałam z panią kontakt wzrokowy, żeby zachęcić ją do kontynuacji zwierzeń, a wtedy ona uśmiechnęła się do mnie porozumiewawczo i dodała:
– Ale pozostałą dwójką już się tak nie przejmowałam…
Znowu pokiwałam głową, bo po pierwsze, mam podobny model, a po drugie, co innego mogłam zrobić. Pani najwyraźniej spodobało się moje aktywne słuchanie, gdyż podjęła kolejny temat. Tym razem o wiele mocniejszy, ale cały czas z uśmiechem na twarzy…
– Nie rozumiem, dlaczego od nas, to znaczy od kobiet, oczekuje się aktywności i gotowości przez 24 godziny na dobę! W pracy haruję za trzech, a później w domu też! Trzeba posprzątać, obiad ugotować, lekcje odrobić, a potem w nocy mam jeszcze robić „A!, A!, A!”… Z entuzjazmem, oczywiście!
          Pani umiała opowiadać. Słuchałam zafascynowana, jej najstarszy syn również i nawet się nie zarumienił. Najwyraźniej wiedział o czym mama mówi, takie mamy teraz dojrzałe i mądre dzieci… Za to jego tata wprost przeciwnie, przez cały czas naszej rozmowy udawał, że go nie ma. Zakończył swój spacer po wodzie i omijając nas łukiem, z wzrokiem skierowanym w inną stronę, udał się na rodzinny koc. Młodsze dzieci podążyły za nim, przytulając się po drodze czule do mamy. Najmłodsza została, a mama wykorzystała tę sytuację, by poprawić jej warkoczyki. Jednak jej czujnemu matczynemu oku nie umknęło nic, co działo się dookoła i wymagałoby reakcji. Trzeba przyznać, że miała mistrzowską podzielność uwagi!
– Maks, nie chlap na koc! Nie mam ochoty siedzieć potem na mokrym! – krzyknęła głośno i wyraźnie do średniej latorośli. A potem do męża – Daj mu jakieś suche majtki, bo znowu się przeziębi!
Po czym, odwróciła się do mnie i po raz kolejny zmieniła temat. 
  Obserwuje tę kobietę w czarnym kostiumie odkąd tu przyjechaliśmy. Tę, tam, w takim jednoczęściowym, z białą falbanką – opisała rzeczowym tonem, jednocześnie kątem oka wskazując mi właściwy kierunek. – I cały czas się zastanawiam, czemu ona co godzina wchodzi do wody. Regularnie! Nawet nie pływa, tylko wchodzi i wychodzi… Ciekawe, co ona tam robi?
         Ja nie miałam pomysłu, za to córeczka w warkoczykach spojrzała na mamusię niewinnymi oczętami.
– Siku – odpowiedziała zwięźle. – Ja też tak robię.
I to był koniec naszej rozmowy, bo mamusia zgarnęła córeczkę, rzuciła mi „do zobaczenia” i poszła do swoich na koc.
A ja miałam taką ochotę na więcej…

Ale… Puenta tej opowieści będzie zupełnie inna:
Zarówno opowieści plażowiczki, jak i jej troska o bliskich, i to że spędzali razem czas, i jak się o siebie nawzajem troszczyli, było autentyczne, nie na pokaz. Nie po to, by wrzucić kolejną fotkę na fejsbuka, czy insta. Pamiętajmy o tym, żyjąc nasze własne życia. Rozglądajmy się dookoła, patrzmy i zobaczmy, słuchajmy i usłyszmy, troszczmy się o siebie... Czasem sobie pogadajmy, ale żyjmy!
Bo prawdziwe życie jest w realu, nie na portalu, i tylko tu doświadczymy tego, co najlepsze…



poniedziałek, 16 lipca 2018

Czy opłaca się czytać książki?


No właśnie, czy warto? 
Szczególnie, gdy musimy taką książkę kupić i wydać na nią swoje pieniądze… Zamiast na kieliszek dobrego wina, kawę z pianką, albo na nową szminkę…

Zastanówmy się więc wspólnie co takiego może być w książce czego nie da nam wino. Ani kawa…

Każdy z nas o czymś marzy. Często snujemy te nasze marzenia latami, chociaż nie wiemy, czy będzie to dla nas dobry czy zły wybór. Nikt nie da nam przecież gwarancji, że spełnienie tego marzenia odmieni nasze życie na lepsze. I dopóki sami się nie zmobilizujemy i nie spróbujemy, raczej nie mamy szansy dowiedzieć się „jak to jest, gdy marzenia się spełniają”. Nikt za nas tego nie zrobi - sami musimy poszukać swojej własnej drogi do szczęścia, szczególnie, że dla każdego z nas oznacza ono coś zupełnie innego…

Dlatego, tak od czasu do czasu, warto zadawać sobie różne pytania, a potem na nie szczerze odpowiedzieć. Czy podoba mi się moje obecne życie? Czego brakuje mi do szczęścia? Co sprawia, że czuję się szczęśliwy? Czy coś jeszcze mogę zrobić? Ja sam, dla siebie? A może dla innych…

Tylko dlaczego tak trudno jest to zrobić? Dlatego, że jesteśmy w środku.

My, od urodzenia przez całe nasze życie, jesteśmy subiektywni, bo w środku samych siebie. Przez cały czas znajdujemy się w epicentrum naszych emocji, odczuć i przeżyć. A wtedy bardzo trudno jest „być obiektywnym”. Dostrzec i zauważyć to, co dotyczy nas samych. Czasem chciałoby się mieć magiczną moc, by popatrzeć na siebie z boku, lub z góry. Zobaczyć jaki mamy wpływ na nas oraz na innych, na tych bliskich i tych dalszych. Jak wpływają na nas nasze decyzje i humory. Czy nie fajnie byłoby obejrzeć siebie z zewnątrz, a nie ciągle od środka?

I dlatego właśnie warto jest czytać. Bo gdy czytamy książkę, szczególnie jeśli jest ona dobrze napisana, możemy dostrzec bardzo wiele. Niektórzy bohaterowie tak bardzo przypominają nam nas samych, że zaczynamy ich lubić od pierwszego spojrzenia. Z innymi się zaprzyjaźniamy, niektórych podziwiamy, niektórzy nas wkurzają, a jeszcze innych po prostu nie lubimy. Często dlatego, że za bardzo przypominają nas samych… Jednak rzadko pozostajemy obojętni.

A to dobrze, bardzo dobrze! Dlaczego?
Dlatego, że zawsze, niezależnie od tego jak bardzo się będziemy starali, będziemy patrzyli na losy naszych bohaterów przez pryzmat swoich własnych doświadczeń. I oczekiwań, i lęków, i marzeń... 
Wtedy właśnie, w zupełnie naturalny sposób, nasuną nam się różne skojarzenia i pytania, o których wcześniej nigdy byśmy nie pomyśleli. 

Ale… przygotujcie się też, że gdy zaczniecie sobie odpowiadać na te pytania, możecie usłyszeć nie to, co chcieliście usłyszeć, ale to…, co powinniście wiedzieć! A dlaczego?
A dlatego, by móc potem ruszyć w drogę i tworzyć swoją własną historię. I spełniać swoje własne marzenia.
Ale tylko te zmieniające życie na lepsze 😊




sobota, 16 czerwca 2018

Makro czy eko, czyli co skrywa papierek?


Okazuje się, że inspirację można znaleźć wszędzie. Na lokalnej stacji benzynowej również. Taka sytuacja:
Ja tankuję, a jeden z „zatankowanych" już kierowców posila się tzw. fast foodem ze stacji. 
Ze smakiem zajada hot-doga i popija znanym słodkim napojem gazowanym, którego marki nie wymienię, żeby nie robić im reklamy. I pewnie w ogóle nie zwróciłabym uwagi na to, co ten pan konsumuje - przecież nic mi do tego - gdyby nie olbrzymi zielony napis na jego samochodzie dostawczym: Makro Eko – żywność ekologiczna.
I tak sobie pomyślałam, że to znak naszych czasów.

Znana światowa gwiazda ze zrobionymi z najdroższej porcelany bielutkimi zębami, reklamuje wybielającą pastę do zębów…
Inna, po pięciu operacjach plastycznych u znanych chirurgów, reklamuje kremy na zmarszczki…
Z kolei znany aktor, który sam konta w banku nigdy nie otworzył, bo takie sprawy załatwia za niego żona, przekonuje nas z ekranu telewizora, że tylko ten bank da nam szczęście i wielkie pieniądze.
Kolejny aktor wsiada za kierownicę samochodu luksusowej marki i komfortowo odjeżdża ku zachodowi słońca, chociaż... nie posiada prawa jazdy.
A na deser, znana aktorka, zdeklarowana wegetarianka, miesza w garnku i oblizując łyżkę zachęca nas do zakupu sosu do pulpetów, jak najbardziej mięsnych…

A ja, tym smakowity akcentem, życzę nam wszystkim byśmy nie dali sobie wmówić, że coś musimy. Albo, że jak coś kupimy, czy zrobimy, to będziemy szczęśliwi… Bo to, co widać na zewnątrz nie zawsze musi być tak samo fajne w środku…

Bo życie jest jak pudełko czekoladek, jak powiedział kiedyś Forrest Gump… Pamiętajmy więc, że kolorowy papierek może skrywać w swym błyszczącym wnętrzu coś mega pysznego, ale może także zawierać jedno wielkie, i wcale nie słodkie, coś zupełnie innego ;)





piątek, 25 maja 2018

Czy ktoś mi pomoże zrozumieć fenomen gołej stopy?


W okresie późno-wiosennym i letnim, zdjęcia własnej nagiej stopy „na tle” zaczynają dominować (pod względem częstotliwości występowania) nad zwykłym selfie… 
Moje badania i obserwacje dotyczą jedynie fejsbuka, więc chętnie dowiem się jak to jest 
na innych portalach.

O ile jestem w stanie zrozumieć potrzebę opublikowania selfie (choć, jak już wcześniej pisałam, czasem stanowi to zagrożenie życia i zdrowia), tak zupełnie nie rozumiem potrzeby zamieszczenia zdjęcia własnej nagiej stopy…

Już wyjaśniam mój tok rozumowania.

Otóż, gdy spotykamy się z ludźmi w realu – mniej lub bardziej znajomymi – jesteśmy przyzwyczajeni do widoku ich twarzy. Zwykle pojawia się ona na wysokości naszej linii wzroku, czasem nieco niżej lub trochę wyżej,  co oczywiście zależy od wzrostu. 
Naszego i innych ludzi także.

Jednak nigdy, powtarzam nigdy, nie zdarza mi się znaleźć z cudzą stopą, że tak powiem, "twarzą w twarz”. Czyli face to face…
Cudze stopy oglądamy zwykle z dystansu, ze pozycji stojącej lub siedzącej. Wyjątkiem są środowiska ekstremalne, typu basem czy plaża, ale to jest odmienna kategoria przebywania ze sobą, gdy wszyscy uczestnicy zgadzają się „na wejściu” na określony styl bycia. Nie mówię tutaj też o sytuacjach intymnych.

Chodzi mi o ekran komputera, laptopa, wyświetlacz smartfonu, czy tableta, który znajduje się na wysokości mojego wzroku. A wraz z nim... cudza goła stopa. Najczęściej z pomalowanymi paznokciami, ale to znowu moje własne statystyki.

I dlatego próbuję zrozumieć po co? Co jest takiego fascynującego w fotce ich stopy, 
że nie mogą się oprzeć by jej sobie nie zrobić? Pomijam ekstrema, typu nieustająca fascynacja Morta stopą króla Juliana z "Pingwinów z Madagaskaru"...

Po co ludzie to robią? Żeby zaznaczyć, że gdzieś tam byli? Ale przecież gdyby sfotografowali sobie facjatę na tym samym egzotycznym tle, nawet lepiej byśmy poznali, 
że to oni…  

Podpowiedzcie mi więc proszę, dlaczego ludziom tak bardzo zależy na tym, abym przy śniadaniu zobaczyła ich gołą stopę, podczas gdy w realu nigdy mi tej stopy z tak bardzo bliska nigdy jeszcze nie pokazali?

I zapewne nigdy nie przyjdzie im do głowy, żeby to zrobić!