czwartek, 30 maja 2024

Jak mówić, także o sobie

Jeśli ktoś sam siebie określa jako trzeci wiek, będzie stosownie traktowany, trzecioligowo… 

Srebrny wywiad z Agnieszką Dydycz

Jak język wpływa na nasz dobrostan? 
Co robić, gdy mamy nawyk mówienia o sobie krytycznie? 
Jak język może zmienić postrzeganie siebie i świata? 
O tym rozmawiam z Agnieszką Dydycz, pisarką, certyfikowanym tutorem, coachem i mentorem, autorką książek:
Nigdy nie będę wyższa. Ale mogę być szczęśliwsza i Nigdy nie będę młodsza. Ale kto mi zabroni próbować!

„Przez język do serca” – taki tytuł mają Pani warsztaty o wpływie języka na samopoczucie. Proszę wyjaśnić, jak język wpływa na nasz dobrostan?


Jest takie powiedzenie w języku polskim, które twierdzi, że „przez żołądek można trafić do serca”. Ja mam swoją teorię, że nie chodzi tu jedynie o serce wybranka czy wybranki, lecz także o nasze samopoczucie i pewnie każdy z nas przynajmniej raz tego doświadczył. Zjedliśmy coś, co nam zaszkodziło albo zjedliśmy o wiele za dużo czegoś pysznego, ale mało zdrowego, a potem musieliśmy zmierzyć się ze skutkami ubocznymi naszego, mówiąc wprost, obżarstwa. Można więc śmiało stwierdzić, że w temacie zdrowego odżywania mamy już pewne doświadczenie i jesteśmy ekspertami, przynajmniej w teorii. Niestety, gorzej radzimy sobie ze słowami i najróżniejszymi informacjami, które płyną do nas z każdej strony i o każdej porze dnia i nocy.  A przecież ze słowami jest podobnie jak z pokarmem: wszystko, co przeczytamy lub usłyszymy nasz mózg przerobi na swoje decyzje, z których skutkami ubocznymi to my sami będziemy musieli się zmierzyć, podobnie jak z niestrawnością…


Tak, przez język również można trafić do serca lub jeszcze szybciej z niego wylecieć. Bo przecież wśród słów i informacji, są komunikaty najróżniejsze, poczynając od tych pozytywnych, niezwykle ważnych i prawdziwych, poprzez te nieważne oraz zupełnie nieistotne, a kończąc na tych negatywnych czy celowo zmanipulowanych.

Pełna treść wywiadu - w poniższym linku.






sobota, 25 maja 2024

_Przez język do serca - Rozmowa w Radio Warszawa

Zachęcam do wysłuchania rozmowy, a następnie do... 

własnych definicji oraz refleksji na temat mocy słów, człowieczeństwa, sztucznej inteligencji w kontrze do naszych uczuć i emocji, aktualizacji, interpretacji i umiejętności wyboru, a także...

dojrzałości, starości i ich atrakcyjności. I niezależnie od naszych osobistych wniosków na każdy z tych tematów, pamiętajmy, że wszystko, co usłyszymy lub przeczytamy, wpłynie kiedyś na nasze decyzje, a w rezultacie na nasz dobrostan i nasze życie.

😉


Mariusz Dorot Radio Warszawa 106,2 - dziękuję za trudne pytania!




sobota, 6 sierpnia 2022

Jak napisać dobrą książkę...

 

Jak napisać dobrą książkę

 W odpowiedzi na liczne prośby i pytania, jak powstała książka „Nigdy nie będę wyższa. Ale mogę być szczęśliwsza!”, zdecydowałam się uchylić rąbka tajemnicy. A było to tak…

Dzięki szefowej jednej z najlepszych bibliotek na Mokotowie, pani Elżbiecie Frankiewicz, na początku roku 2021 r. poznałam właścicielkę SILVER oficyna wydawnicza, cudowną Iwonę Krynicką. Spotkałyśmy się na kawie, polubiłyśmy od pierwszego uśmiechu i wtedy obiecałam jej spontanicznie, że specjalnie dla niej… napiszę książkę. Pomysł główny oraz tytuł miałam już od dawna gotowy. Zawdzięczam go mojej serdecznej przyjaciółce Małgorzacie Sierański. A inne pomysły powstawały na bieżąco, także podczas warsztatów rozwojowych dla kobiet pt. „Wzór na szczęście, czyli jak szukać, żeby znaleźć”, które prowadzę. Inspiracje zbierałam także podczas lektur klasyki polskiej, jak powieści Tadeusza Dołegi-Mostowicz czy amerykańskiej - „Przeminęło z wiatrem” Margaret Mitchell. Byłam też świeżo po „The Dutchess: The Untold Story” Penny Junor, gdyż zawsze fascynowały mnie skomplikowane, lecz koniecznie romantyczne i zarazem skomplikowanie soczyste związki. Ten fikcyjny, Scarlet O’Hara i Rhett Butler oraz ten, jak najbardziej realny – książę Karol i księżna Camilla. Inne wątki, które chciałam poruszyć w swojej opowieści to relacja dorosła matka – dorosła córka, joga oraz prawdziwa przyjaźń.

I tak oto z głową pełną inspiracji wyjechałam na rodzinne wakacje nad morzem. Z drugą równie ważną misją ukrytą w sercu... Napisać opowieść, po której każda czytelniczka poczuje się lepiej i z nowa energią i nadzieją spojrzy w przyszłość. W Helu zamieszkaliśmy u cudownej pani Eli. Troszczyła się o mnie parząc mi kawę, która, po miłości, jest moim drugim podstawowym paliwem napędowym. 😉 Pani Ela raczyła mnie także opowieściami o swoim życiu, a ja je wszystkie notowałam, bo było ich tyle, że wystarczyłoby na cztery książki, a nie tylko na jedną! A gdy gospodyni zajmowała się swoimi sprawami, pilnował mnie jej mops Maks, nieco liniejący, ale jakże uroczy! Świeciło słońce, lśnił księżyc, mewy skrzeczały, a świerszcze śpiewały i w takich cudownych warunkach powstała blisko połowa #nigdyniebędęwyższa. Oczywiście były też rodzinne wycieczki rowerowe, plaża, morze oraz spacery i rozmowy z moim Miszczem, czyli synem lat wtedy 13. Ich efekt również znalazł się w książce. Bo czy wiedzieliście na przykład, co to jest i jak przyjemna może być imersja?

Po powrocie do domu zebrałam kilka kolejnych historii... Okazało się, że znajoma, stateczna matka dorosłym dzieciom, wyszła ponownie za mąż za kolegę z dzieciństwa. Inna, po 40 trudnych latach pt. „dam mu jeszcze jedną szansę”, zdobyła się na odwagę, by rozstać się z mężem alkoholikiem i zacząć cieszyć się życiem, a znajomy lat 84, zaręczył się ze swoją przyjaciółką lat 75. Dzięki nim dostałam nie tylko kolejne inspiracje, ale i potwierdzenie, że na szczęście w życiu NIGDY nie jest za późno. Dlatego pisałam, pisałam, aż… napisałam opowieść o nas i dla nas. O tym, że na nasze szczęście przede wszystkim MY sami musimy sobie pozwolić! I tak bardzo zaprzyjaźniłam się z główną bohaterką, że nie mogłam się z nią rozstać i choć premiera #nigdyniebędęwyższa odbyła się w kwietniu br. ja pisałam dalej. Także podczas tegorocznych wakacji w Helu. Tworzyłam, popijałam kawę i jadłam truskawki z przerwami na wspierające spotkania autorskie w bibliotekach lub z czytelnikami podczas Pleneru Literackiego w Gdyni. A zatem - na początku roku 2023, spodziewajcie się nowej opowieści pt. „Nigdy nie będę młodsza. Ale kto mi zabroni próbować!” 😊

Bo jak powiedziała jedna z czytelniczek: „Przekaz tej historii jest tak pozytywny i obiecujący, że i mnie jako czytającej udziela się to nieoczekiwane jej szczęścia, którego bohaterka nie spodziewała się jeszcze doświadczyć. Sama też odczuwam niesamowicie pozytywną energię i zapał do działania - tak jakbym to ja sama doświadczała tych wspaniałych przeżyć. Ale jak wynika z tej opowieści wszystko jest możliwe więc tego będę się trzymać i mam poczucie, że mnie też spotka coś fajnego, i tę dobrą pozytywną energię, która motywuje. Gratuluję, wspaniale Pani pisze, a ja czekam na ciąg dalszy!”

Dlatego piszę dalej i gorąco wierzę w to, że wszystko, co najlepsze przychodzi do nas właśnie z wiekiem, lecz… tylko wtedy, gdy sami tego chcemy! Do zobaczenia!

PS do Niecierpliwych – bądźcie wyrozumiali, proszę, pisze się nieco wolniej niż czyta 😉

PS specjalnie do Marysi Winiarskiej – dziękuję za Twoje piękne słowa na okładce! A korzystając z okazji pozdrawiam serdecznie szanownego małżonka, którego to piękne imię, Wiktor, zostało wykorzystane w książce.




 

niedziela, 31 lipca 2022

Czy warto ratować #małżeństwo?

 Czy warto ratować #małżeństwo?

Zarówno te bardziej, jak i te mniej doświadczone pary przechodzą kryzysy w związku małżeńskim. Oby wzloty i chwile wspólnego totalnego szczęścia trwały jak najdłużej, ale przecież zdarzają się też rozterki, a nawet upadki małżeńskiej miłości i wtedy właśnie pojawia się to pytanie: czy warto ratować małżeństwo? Czy zostać ze sobą za wszelką cenę, dla dzieci, dla rodziny, bo się przysięgało przed ołtarzem? Odpowiedź na to pytanie zawsze jest trudna i zawsze zależy od nas samych. Od każdego z osobna oraz od naszych wzajemnych relacji dzisiaj. Bo my już nie jesteśmy tacy sami jak wtedy, gdy mówiliśmy sobie zgodne tak. I być może dzisiaj każde z nas wypowiedziałoby swoje ‘tak’ w zupełnie innym momencie… Czy zatem warto ratować małżeństwo?

Jeśli coś kochasz, daj temu wolność. Jeżeli wróci do ciebie, jest twoje. Jeżeli nie wróci, oznacza to, że nigdy od początku twoje nie było. Król Salomon

Udane małżeństwo – oczekiwania versus rzeczywistość

Gdybyśmy dziś dostali ankietę z pytaniem: CZY WARTO RATOWAĆ MAŁŻEŃSTWO i do wyboru mielibyśmy pięć odpowiedzi, jak brzmiałaby ta nasza? ‘Zawsze, nigdy, czasem, nie wiem’. Opcję: ‘nie dotyczy’ chwilowo pominiemy, gdyż nasza ankieta została skierowana wyłącznie do ekspertów, czyli do osób, które pozostają w oficjalnym związku małżeńskim. Albo… właśnie w niego wstępują, występują lub już wystąpiły. Teoretyczne rozważania są dobre, ale wyłącznie w przypadku, gdy zamierzamy napisać pracę naukową, jednak żeby wypowiadać się na temat prawdziwego życia, warto mieć praktyczne doświadczenie.

No właśnie a’ propos doświadczenia. Ciekawe czy nasze odpowiedzi na temat ratowania małżeństwa byłyby dzisiaj identyczne z tymi, których udzielilibyśmy pięć lub dziesięć lat temu? Czy nadal byłyby takie same jak w dniu, w którym zawieraliśmy nasz oficjalny związek, głęboko wierząc, że będzie to małżeństwo szczęśliwe, małżeństwo idealne? Bo gdy jesteśmy zakochani i planujemy wspólną świetlaną przyszłość, rzadko myślimy o takich przykrych aspektach życia jak kryzys w małżeństwie, a tym bardziej jego rozpad.

Samotność w małżeństwie – razem, ale osobno

Samotność w małżeństwie? Białe małżeństwo? Totalna bzdura, nam nigdy coś takiego się nie przydarzy! My jesteśmy na to za mądrzy, za bardzo zakochani w sobie − zarzekamy się. I pewnie w to wierzymy, bo na wstępnym etapie naszego związku tak bardzo podoba się nam sam stan zakochania i fascynacji drugą osobą, że rzadko zastanawiamy się wtedy nad tym, co jest ważne w małżeństwie i czy na pewno małżeństwo dla obydwu stron oznacza to samo. Czy mamy stać się jednością, połączonymi połówkami tego samego jabłka? Czy może udane małżeństwo to współdziałanie, czasem nawet symbioza, ale nadal dwóch odrębnych, niezależnych jednostek, z których każda ma prawo do własnego zdania?

Dobre małżeństwo kiedyś i dziś

Odpowiedzi nie znajdziemy w sieci, a książki o małżeństwie też mogą dać nam bardzo różne recepty w zależności od światopoglądu ich autorów. Przecież jeszcze w dwudziestym wieku, za czasów młodości naszych babć i dziadków, podejście do obowiązków życiowych, w tym małżeńskich, było zupełnie inne niż jest teraz. Wtedy liczyło się dane słowo, przysięga i to, co ludzie powiedzą… W tamtych czasach odpowiedź na pytanie „Czym jest małżeństwo” była prosta i jednoznaczna: obowiązkiem, czasem nawet świętym obowiązkiem, który należy wypełnić niezależnie od naszych potrzeb i oczekiwań. Dobro rodziny stawało ponad dobrem jednostki, szczególnie, powiedzmy to wprost, ponad dobrem kobiety. Jeszcze inaczej było u zarania dziejów, gdy wymyślono instytucję małżeństwa. Bo była to po prostu transakcja handlowa pomiędzy dwoma rodzinami, która obydwu stronom miała przynieść konkretne korzyści i gdy sięgniemy do źródeł historycznych, przekonamy się, jak niewiele wspólnego miało wówczas małżeństwo z miłością czy stanem zakochania.

A dzisiaj jaka jest definicja udanego małżeństwa? Czy w obecnych wyemancypowanych czasach nie należałoby także zmienić naszych wyobrażeń na temat idealnego związku małżeńskiego? Czy dzisiaj potrafimy już oddzielić własne oczekiwania wobec małżeństwa od oczekiwań innych, na przykład rodziców i teściów? Czy ważniejsze będzie dla nas nasze dobro indywidualne, czy wspólne, czy może nadal najbardziej będziemy się przejmować tym, co ludzie powiedzą i czy zaakceptują nasz wybór? Jest też pytanie najtrudniejsze, czy dla dobra dzieci zawsze warto jest ratować małżeństwo, skazując się na samotność w związku. I kolejne, czy zmuszać się, by chodzić na terapię dla małżeństw i zwierzać się obcym osobom ze swoich najbardziej intymnych problemów, czy cierpieć indywidualnie, najlepiej w zaciszu własnego domu?

Czy warto ratować małżeństwo za wszelką cenę?

Myślę, że ci z nas, którzy mają nieco więcej lat niż dwadzieścia, wiedzą już z własnego doświadczenia, że niezależnie od naszych poglądów i przekonań prawdziwe życie nie zna pojęć ‘zawsze’ czy ‘nigdy’. Nie ma też czegoś takiego jak wzorzec idealnego małżeństwa, a to z tego prostego powodu, że każdy z nas jest inny i każdemu pasuje coś innego. Dlatego punktem wyjścia do odpowiedzi na pytanie z naszej ankiety CZY WARTO RATOWAĆ MAŁŻEŃSTWO? powinna być znajomość naszych osobistych wartości i potrzeb. Bo czy warto być z kimś, kto nas nie szanuje? Kto nie widzi, jak bardzo się zmieniliśmy, rozwinęliśmy i ile przybyło nam obowiązków od tego pięknego dnia, w którym składaliśmy przysięgę małżeńską? Czy warto ratować toksyczne małżeństwo, w którym ta druga osoba nie wspiera nas w zdrowiu i chorobie, nie chce być świadoma obowiązków, ale za to lubi egzekwować swoje prawa i tak naprawdę mamy wrażenie, że… czeka aż śmierć nas rozłączy?

Na czym polega małżeństwo?

A. A. Milne napisał w Kubusiu Puchatku słowa, które niekoniecznie skierowane są tylko do dzieci: Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej tam Prosiaczka nie było. Pamiętajmy więc, że szukając miłości, szukamy tak naprawdę siebie. Potrzebujemy miłości, by zaspokoić naszą potrzebę akceptacji i przynależenia, ale miłość nam służy i nas ubogaca wyłącznie pod warunkiem, że kochając, nie pozwalamy na przekraczanie naszych granic. Bo miłość jest albo jej nie ma, nie można jej wypożyczyć na jedną noc czy na wakacje i nie da się jej na kimś wymusić lub na nią zapracować.

A gdy już sobie uświadomimy na czym polega prawdziwa miłość, wtedy będziemy wiedzieli, jak odpowiedzieć na pytanie CZY WARTO RATOWAĆ MAŁŻEŃSTWO?, a bardziej konkretnie: czy i kiedy ratować nasz związek? Trwanie w małżeństwie nie rozwiąże za nas naszych problemów, my sami musimy to zrobić.

Książki o małżeństwie – gdzie szukać inspiracji do zmian

O tym, że książki o małżeństwie mogą dać nam różne, czasem nawet sprzeczne recepty w zależności od światopoglądu ich autorów, już było, ale czytać zawsze warto. Bo czytanie książek pozwala nam spojrzeć na nasze życie z dystansu. Podświadomie porównujemy losy bohaterów opowieści z naszymi życiowymi sytuacjami i wyborami, a potem zastanawiamy się, czy my zachowalibyśmy się podobnie, czy może nasze decyzje byłyby zupełnie inne. Tak właśnie robi Małgorzata, główna bohaterka powieści Nigdy nie będę wyższa. Ale mogę być szczęśliwsza!, która też jest w związku małżeńskim z długim stażem i również, jak niejedno z nas, przeżywa gorsze chwile. Ale ona nie boi się nazywać swoich wątpliwości po imieniu i nie udaje przed sobą, że wszystko jest cudowne, a jej związek to małżeństwo idealne. A przede wszystkim wie, że aby uratować związek małżeński, każda ze stron musi tego chcieć, a nie wyłącznie oczekiwać, że to ta druga strona się zmieni i dopasuje.

Bo dla prawdziwej miłości jesteśmy gotowi do największych poświęceń i zjemy nawet ryż z cynamonem, pomimo iż go nie znosimy, tylko że… prawdziwa miłość i autentyczny związek małżeński nigdy nie będą od nas tego wymagać! I niezależnie od tego, czy zdecydujemy się, by ratować małżeństwo, czy nie, pamiętajmy, że nie wszystko da się zmienić. Bo ja na przykład… nigdy nie będę wyższa, ale zawsze mogę być szczęśliwsza!

 https://silverow.pl/sklep/nigdy-nie-bede-wyzsza-agnieszka-dydycz/





 

poniedziałek, 14 września 2020

Ekologiczna ekonomia, czyli reklama w cenie hipokryzji

Polecam ostatni magazyn ThinkThank online -  #bowarto mieć swoje zdanie na każdy temat.

Ekologia ostatnio zrobiła się modna. Do tego wręcz stopnia, że nie wypada się przyznać, iż zagadnienie to nas nie interesuje lub że mamy na jego temat odmienne zdanie. Niezależnie od osobistych poglądów, coraz częściej ekologia staje się nie tyko naszym świadomym wyborem, ale i skutecznym narzędziem sprzedaży, za którym oczywiście stoją ogromne pieniądze – do wydania i do zarobienia. Nie na darmo wszak słowa: „ekologia” i „ekonomia” mają wspólne łacińskie korzenie. Jednego tylko czasem im brakuje – spójności.


niedziela, 6 września 2020

Gender w realu, czyli po wakacjach


        Alicja, żona Jana, mama Grzesia i Leona, wstała bladym świtem i teraz ogarniała swoją rodzinę. I jak co rano szczerze tego nienawidziła. Czuła się jak poganiacz niewolników. Jeden chłopiec do przedszkola, drugi też, ale później, bo najpierw do lekarza, a trzeci do pracy. Ten najstarszy był chyba najtrudniejszy w obsłudze...        – Alicja! – darł się z sypialni. – Nie widziałaś mojego zegarka?!        Widziałam, miała ochotę odpowiedzieć, ale tego nie zrobiła. Lata pożycia oraz kolejnych prób i błędów nauczyły ją prawidłowej obsługi męża. […] Zmilczała więc pytanie, mając nadzieję, że zegarek nie zdążył się teleportować z miejsca, w którym mąż zostawił go wczoraj. Plan zadziałał, gdyż po niecałej minucie, usłyszała kolejny okrzyk. Tym razem z okolic łazienki:         – Znalazłem!
        Zabrzmiało to tak triumfalnie, jakby odkrył lekarstwo na raka, ale i ten komentarz zostawiła dla siebie. Rano dyskutowała wyłącznie z Grzesiem i tylko na temat braku pasujących do siebie skarpet oraz, co będzie na śniadanie. […] W każdym razie, Alicji udało się wypracować rytuał poranny, który był dla niej jak najmniej uciążliwy. Nadal nieprzyjemny, ale przynajmniej wymagający mniejszego  wydatku energetycznego oraz zakładający kilka nanosekund wyłącznie dla niej. Tyle potrzebowała, żeby wypić kawę, której już pierwszy łyk pomagał w ogarnięciu planu na cały dzień.*
 Brzmi znajomo?  
Zapewne, ale przecież my zawsze damy radę! My, super równouprawnione kobiety, idealne matki, sumienne pracownice, charyzmatyczne szefowe i sumienne kochanki jesteśmy mistrzyniami świata w godzeniu najróżniejszych ról. Tak bardzo chcemy być perfekcyjne i żeby każdy był z nas zadowolony, że nawet nie zauważamy, że to wszystko dzieje się naszym kosztem. Potrafimy emanować profesjonalizmem i poranną kobiecością po nocy spędzonej nad raportem rocznym, dwóch praniach, uprasowaniu sterty ubrań, odrobieniu z dziećmi lekcji i ugotowaniu zupy pomidorowej. Planujemy, realizujemy, organizujemy, przewidujemy... Do czasu, gdy padnie nam bateria, dziecko zachoruje, obcas odpadnie, samochód nawali lub ogłoszą stan pandemii. I co wtedy? Wtedy pewnie znowu się obwinimy, że nie dałyśmy rady, a powinnyśmy, bo przecież my musimy!
Może więc skorzystamy z okazji, że jesteśmy wypoczęte i świeżo po wakacjach, by wreszcie zrozumieć, że nie zawsze musimy. Szczególnie, że nie wszystko zależy od nas i nie wszystko musi być zrobione przez nas. Bo choćbyśmy nie wiadomo jak bardzo się starały, nie mamy super mocy i nigdy nie uda nam się spełnić oczekiwań wszystkich. Nie przewidzimy też wszystkich możliwych zdarzeń losowych, ani tego, co zrobią inni. I nie pomogą nam w tym książkowe ideały vel banały o równouprawnieniu oraz podręcznikowe mądrości o organizacji pracy pisane najczęściej przez mężczyzn. Obwinianie się za wszelkie zakłócenia i niedoskonałości również nie ma sensu i o wiele lepiej będzie, jeśli nauczymy się to akceptować. Po niedzieli zawsze przychodzi poniedziałek i chociaż nie zawsze nam to pasuje, wiemy przecież, że tego nie zmienimy. Akceptacja nie musi jednak oznaczać bierności, bo chociaż nie zawsze mamy wpływ na to, co dzieje się wokół nas, to my - i tylko my, decydujemy, jak się wtedy zachowamy. Czy wybierzemy śmiech zamiast płaczu, jeszcze cięższą pracę, czy może wprost przeciwnie - wreszcie sobie trochę odpuścimy i kilka zadań zdelegujemy na innych? Ten wybór należy tylko i wyłącznie do nas.
Przypomnijmy sobie o tym, gdy znów poczujemy, że zapędziłyśmy się w wir wydarzeń i działań. Pomyślmy o sobie zanim po raz kolejny zrobimy za dużo, dostając w zamian głównie frustracje, pretensje i rozczarowania. Przypomnijmy sobie wtedy, że to my powinnyśmy być dla siebie najważniejsza. Egoizm? Może, ale z drugiej strony dlaczego ktoś inny ma troszczyć się o nas bardziej i mocniej niż my same? Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego - nie odwrotnie. Wie o tym każdy dobry ratownik, który w pierwszej kolejności zadba o swoje bezpieczeństwo, bo jeśli jemu zabraknie tlenu, nie da rady pomóc już nikomu. Gdy więc znów się sfrustrujemy, że nie dałyśmy rady zrobić wszystkiego i wszystkich zadowolić – szefa, rodziny, podwładnych, klientów, dostawców, kontrahentów, akcjonariuszy i teściowej, pomyślmy, że przecież Megan też nie miała lekko. Owszem, jest księżną i  urodziła royal baby, ale ledwo wcisnęła się po porodzie w markową kieckę, a już musiała pokazać się publicznie. Nas w takiej sytuacji zobaczyliby jedynie bliscy, a ją skomentowały miliony ludzi na świecie. Ale ona się nie dała, uśmiechnęła się książęco, a potem wybrała to, co według niej było dla niej lepsze. I miała do tego prawo, tak jak my mamy prawo do naszych wyborów.
Życie jeszcze nie raz nas zaskoczy, więc nauczmy się chronić siebie i sobie odpuszczać. Zbyt zmęczona na zumbę, kolejne nadgodziny czy prasowanie? Mówię nie, bo to JA wybieram! Nie jestem zupą pomidorową, żeby każdy musiał mnie lubić, lecz jeśli sama nie zacznę bronić swoich granic, nikt za mnie tego nie zrobi. I żadna ustawa o gender tego nie zmieni.





[*] Agnieszka Dydycz, „Marzenia z terminem ważności”, Wydawnictwo Muza, 2018




niedziela, 26 lipca 2020

Zapraszam do wysłuchania fantastycznej rozmowy z serii #emocjonalny ład, która przeprowadziła ze mną Łada Bobrowska-Drozda:  https://www.youtube.com/watch?v=RRAqXx4VNbI